INFORMACJE O BLOGU

Gotuj z Ziemniakiem

Juventus Turyn

Serie A TIM

Włochy, 2016/2017

Ten manifest użytkownika SuperZiemniak przeczytało już 1489 czytelników!
Łącznie swój komentarz zostawiło 0 z nich.

MÓJ BLOG

Siedzi przy kompie SuperZiemniak,
Ciężki, ogromny i pot z niego spływa:
Tłusta baryła.

 
Siedzi i sapie, dyszy i stuka,
Żar z rozgrzanej jego klawiatury bucha:
Uch – jak on pisze!
Puff – dalej pisze!
Uff – i przestać nie może!

 
Po miłym początku wracamy do rzeczywistości. Ponad miesiąc zajęło mi rozegranie jednego sezonu, ale w końcu się udało. Dłużyło się, z biegiem semestru czas na grę się kurczył, mimo wszystko jednak wyzwanie zmobilizowało mnie do ciągnięcia wszystkiego do przodu i muszę przyznać, że grało mi się całkiem dobrze. Nie przedłużając – zaczynamy!

 
Trudne początki

Jak zawsze po przyjściu do klubu człowiek (czyt. menago) ma od zarąbania roboty. Trzeba przejrzeć pierwszy skład, rezerwy oraz drużynę juniorów w kontekście ustalenia, z jakim materiałem ludzkim ma się do czynienia, a następnie przydzielenia każdemu kopaczowi treningu indywidualnego. Potem, wbrew zasadzie „od ogółu, do szczegółu”, przechodzę do treningu ogólnego i tam majdruję coś na dobry początek, a później zaglądam tam raz na dwa tygodnie i planuje reżim na kolejne nadchodzące spotkania w danym miesiącu. Na zakończenie pracy w tym dziale ustawiam trenerom i sobie odpowiednie zadania treningowe. Od trenerów przechodzę do skautów, wysyłam ich na wszystkie strony świata, gdzie każę im szukać talentów na miarę danej drużyny. W tym momencie już wiem, czy któryś trener lub skaut ma jakieś braki w wykształceniu, więc robię czystki w sztabie szkoleniowym i szukam lepszych pracowników.
No i na koniec pozostaje najważniejsze – taktyka. Zazwyczaj dopasowuje zawodników pod swoją ulubioną taktykę, co na szczęście w Juventusie było dosyć proste, bo graczy ma znakomitych, a ławkę bardzo szeroką. Dodatkowo sporo naszych dobrych oraz obiecujących piłkarzy gra na wypożyczeniach (Lirola, Coman, Zaza) i mam tylko nadzieję, że wypożyczające kluby nie skorzystają z opcji wykupu zawartych w ich kontraktach.

 

W tej edycji postanowiłem w końcu spróbować gry środkiem pola zamiast opierać się na chaotycznym szarpaniu skrzydłami w poszukiwaniu celnych wrzutek. Dośrodkowania też powinny się pojawiać, bo to groźna broń, ale nie można się skupiać wyłącznie na nich. Finezja, podania w uliczkę – to kluczowe aspekty tej taktyki. Powyższa taksa obowiązywała nas przez cały sezon z małymi zmianami personalnymi – Evra stracił miejsce w składzie na rzecz Alexa Sandro, a Lemina usiadł na ławce, gdy tylko SturaroMarchisio wrócili po kontuzji – oraz taktycznymi – zmieniłem rolę bramkarza na „bramkarz – libero”, a bocznym obrońcom przydzieliłem funkcję ataku zamiast wsparcia.
Po ustaleniu ustawienia, hierarchii i stałych fragmentów mogliśmy się w końcu skupić na sparingach (które zbyt dobrze nam nie poszły) oraz porządnym przygotowaniu do sezonu. Cele postawione nam przez zarząd są bardzo ambitne, ale z takim składem i przy odrobinie szczęścia podczas losowania pucharowych przeciwników stać nas na wyrobienie normy, a nawet jej przekroczenie.



 
Serie A
 
Liga była oczywiście naszym priorytetem (do spółki z TIM Cup), bo celem wyzwania jest m.in. wygranie w przynajmniej 15 różnych ligach, a pominięcie Włoch bardzo utrudniłoby osiągnięcie tego marzenia. Także od razu przystąpiliśmy do działania, chcąc odskoczyć przeciwnikom już na samym początku. No cóż… nie wyszło nam to za bardzo.
W sierpniu i wrześniu rozegraliśmy sześć spotkań – trzy w domu, trzy na wyjazdach. Na Juventus Stadium spisywaliśmy się bez zarzutu, nie straciliśmy bramki i wygraliśmy wszystkie mecze. Wyjazdy to już zupełnie inna historia. Trzy remisy, z czego tylko jeden z klubem, który można określić jako topowy. Hańba. Największym rozczarowaniem okazał się Higuain (marnował kilka setek na mecz) i Buffon (to ma być jeden z najlepszych bramkarzy na świecie? Nie z takimi babolami). Jednak nie zamierzałem tak szybko na to reagować, składając złe wyniki na karb niedostatecznego zgrania zespołu i braku znajomości taktyki.



Przyszedł październik, a wraz z nim wyniki na miarę naszego składu. W spotkaniu z Milanem trzymała nas jeszcze nasza wyjazdowa klątwa, przy czym w jej utrzymaniu pomógł Donnarumma, który sam jeden zatrzymał moich graczy. Potem już nikt nie mógł nas zatrzymać – czy to w domu, czy na wyjeździe. Higuain zaczął grać dużo lepiej, a nasz obrona wspomogła Buffona, który puścił tylko jednego gola w tym miesiącu.
Po październiku zgodnie ze zwyczajem przyszedł listopad, a nasza dobra forma postanowiła nas opuścić bez pożegnania, bo ogranie u siebie Sassuolo (1:0) i wyjazdową porażkę z Cagliari (0:1) trudno określić mianem sukcesu. Na szczęście nie zawiedliśmy w najważniejszym meczu na koniec miesiąca, gdzie pewnie ograliśmy rywali zza miedzy – Torino. Sam wynik nie ukazuje w pełni tego, co zrobiliśmy, ponieważ Byki do tej pory liderowały w Serie A, nie zaznały smaku porażki, a gola straciły tylko jednego.



Naszą grą w grudniu i styczniu trudno się nie zachwycać. W ośmiu spotkaniach wygraliśmy sześciokrotnie i dwa razy (znowu te przeklęte wyjazdy) zremisowaliśmy. Wszystkie wygrane były znakomite, osiągnięte w dobrym stylu, ale chyba trzeba wyróżnić ogranie Interu na wyjeździe (1:0) i rozgromienie Napoli u siebie (4:0). Akurat tego drugiego spotkania telewizja nie zdecydowała się transmitować, co na pewno zirytowało fanów piłki nożnej, a jakiegoś biedaka zapewne kosztowało to pracę. Z piłkarzy najlepiej spisywał się Dybała (FM jest jednak realistyczny), który ustrzelił każdego przeciwnika sprawiedliwie – po jednym lepie.



Nadszedł luty menadżer napruty, a wraz z nim piękna gra, świetne wyniki i powrót wielkiego Higuaina. Miesiąc zaczęliśmy z wysokiego C, ograliśmy Udinese (2:0), rozgromiliśmy Romę (5:0), a potem aż do końca marca zatapialiśmy wszystkie płotki, które nam się nawinęły. Zremisowaliśmy tylko z Milanem (0:0), gdzie Donnarumma po raz kolejny zamordował naszą grę i zatkał nasze działa, tak że przestały skutecznie armacić.



Dzięki naszej skutecznej grze wybiliśmy się na sam szczyt i po 30 kolejkach (po meczu z Bologną i typowym żarciku programistów SI) byliśmy liderami, jednak Inter ciągle deptał nam po piętach, a Icardi strzelał gole jak najęty. Nadal aż trzy zespoły mogą nam zagrozić, więc nie możemy odpuszczać kolejnych ligowych spotkań.
 


 
Supercoppa TIM
 
Na rozluźnienie przedświątecznej atmosfery, 23. dnia grudnia, przystąpiliśmy do batalii o Superpuchar Włoch, a naszym przeciwnikiem w drodze do triumfu był Milan z magicznym bramkarzem Donnarummą, który ma patent na naszych kopaczy. Puchar ten co prawda nie był celem działaczy ani moim, ale postanowiłem dać zagrać pierwszemu garniturowi, zwłaszcza że i tak mieliśmy przerwę zimową w lidze.
Wyszliśmy więc na boisko zmotywowani, żeby zdobyć w połowie sezonu jakieś trofeum i dostaliśmy kontrolnego lepa już w 17. minucie spotkania. Naszą obronę rozwaliło banalne płaskie dośrodkowanie, a nasz napompowany do granic możliwości balonik troszkę się przebił. Na tym flaku dociągnęliśmy do przerwy, gdzie kopacze dostali konkretny opieprz i polecenie wzięcia się do roboty. Oczywiście nic sobie z tego nie zrobili. Na szczęście z pomocą przyszedł sędzia, który słusznie podyktował karne w 70. i 80. minucie, a obydwa wapna na bramki zamienił Dybała. Niezawodny polski Argentyńczyk ukłuł przeciwników jeszcze raz w 88. minucie, kończąc dyskusję i kompletując hat-tricka. Dzięki temu w naszej gablocie ląduje pierwszy puchar w tym sezonie. Miejmy nadzieję, że nie ostatni.



 
TIM Cup

Jako Juventus – panowie i władcy Italii – do tych rozgrywek przystąpiliśmy od 1. rundy, czyli 1/8 finału. Jak już mówiłem, te rozgrywki traktowałem priorytetowo i starałem się w nich grać pierwszym składem, nawet kosztem ligi. Na szczęście mam bardzo szeroką ławkę rezerwowych, a większość pierwszoplanowych graczy strasznie szybko się regeneruje, dzięki czemu mogą rozgrywać mecze co trzy dni.
Na początku czekała na nas Genoa – ligowy średniak, którego powinniśmy przeskoczyć bez większych kłopotów. No i zgodnie z planem zebrali średniej wielkości oklep, a naszym sukcesem był bezrobotny Buffon, który nie musiał ani razu interweniować.
 

W następnym meczu mieliśmy spotkać już dużo trudniejszego przeciwnika, a mianowicie Milan. Szykowałem się na epickie starcie, mając jeszcze w pamięci spotkanie o Superpuchar Włoch, i nie zawiodłem się. Chłopaki wiedzieli, że naszym celem w tym roku jest wygrana, a więc należy rozjechać przeciwników bez litości. Na boisko wybiegli napakowani jak kabanosy i od 17 minuty prowadziliśmy już 2:0 po golach Higuaina i Dybały. Zadowolony rozsiadłem się swoim zadem na ławce rezerwowych, otworzyłem piwko, wyjąłem czasopismo i nie zwracałem uwagi na boiskowe wydarzenia. Tym bardziej mnie zdziwiło, gdy piłkarze w przerwie powiedzieli mi, że jest już tylko 2:1. W 33. minucie Milan wyprowadził kontr-lepnięcie, a ja to przegapiłem. No trudno – kopaczom kazałem się spiąć, nie stracić gola, a najlepiej dopakować jeszcze jednego. Trzecie polecenie zignorowali, dwóch pozostałych trzymali się do 66. minuty, kiedy to znowu był remis i zaczynaliśmy od początku. „2:0 to niebezpieczny wynik” – te słowa zabrzmiały mi w uszach jak młodemu Skywalkerowi nauki Obi–Wana. Na szczęście dociągnęliśmy, mimo nacisku przeciwników, do dogrywki. Podczas ostatniej przemowy motywującej, wkurwiony jak 150, poleciłem moim paralitykom przeć do przodu i nie dopuścić do karnych. Czy się udało? Zobaczcie sami…
 

 
Uff… łatwo nie było, ale gramy dalej. W półfinale TIM Cup mieliśmy rozegrać dwumecz z rzymskim Lazio, co potraktowałem jako wakacje, mimo tego, że przeciwnicy całkiem dobrze radzili sobie w lidze. Znowu się okazało, że mam rację. Pierwszy mecz na wyjeździe rozegraliśmy pół–rezerwowym składem, co zakończyło się remisem 1:1, ale u siebie nie daliśmy im już szans i zakończyliśmy na wyniku 3:0. Gonzalo wraz z Nowym Rokiem dorósł w końcu do swojej roli.



Przed nami już tylko finał, a w nim… reszty dowiecie się później. Trzeba budować napięcie (werble).

 
Liga Mistrzów

Pod koniec wakacji odbyło się losowanie fazy grupowej, na które czekaliśmy z dużym napięciem. W końcu zarząd kazał nam osiągnąć co najmniej półfinał w tych rozgrywkach. Trzymanie kciuków się opłaciło, bo wylosowaliśmy następujących przeciwników: Bayer Leverkusen, Olympiakos SFP i Dinamo Zagrzeb. Nikt nie powinien nam tutaj zagrozić, może poza drużyną z Niemiec podczas meczu na ich stadionie.
Nad tym etapem nie ma się co rozwodzić, zaczęliśmy właśnie od najtrudniejszego wymienionego wyzwania i wygraliśmy 4:2 po bardzo ciekawym spotkaniu. Potem było dużo łatwiej i po 4. kolejkach zapewniliśmy już sobie awans, dzięki czemu mogliśmy w ostatnich dwóch spotkaniach zagrać kompletnie rezerwowym składem. Faza grupowa była popisem w naszym wykonaniu. (WYNIKI)



Przeszliśmy ten etap jak burza, wygraliśmy grupę bez porażki i wysiłku, a podczas losowania trafimy na teoretycznie słabszego przeciwnika (z drugiego miejsca). Zacisnęliśmy więc kciuki po raz drugi przy tych rozgrywkach i liczyliśmy na jak najsłabszego przeciwnika.
Leicester! Modły zostały wysłuchane i przyznam, że już myślę o ćwierćfinale. W pierwszym meczu na wyjeździe postawili się nam dosyć skutecznie i długo się bronili, ale to nie powstrzymało naszej ofensywnej maszyny przed zaaplikowaniem im dwóch goli.

 

Ten wynik bardzo mnie rozluźnił, bo nie wierzyłem w to, że u siebie stracimy z nimi aż dwa gole, a sami nie strzelimy żadnego. Już zastanawiałem się nad najlepszym przeciwnikiem, który może się nam trafić w kolejnej rundzie i przez zbytnią pewność siebie spotkał nas lodowaty prysznic. Zatopiony już przeze mnie w myślach Leicester zaatakował od pierwszego gwizdka, zepchnął nas do rozpaczliwej obrony. Na przerwę schodziliśmy zszokowani, przegrywając 0:1. Kontrolny ochrzan niewiele poradził i zdołaliśmy tylko wytrzymać do końca meczu. Nie spodziewałem się aż takiego zacięcia z ich strony, przez co stali się pierwszym zespołem w tym sezonie, który zdobył Juventus Stadium.
 

 
Zaniepokoił mnie ten wynik, a raczej kaliber przeciwnika, który nas tak urządził. Wylosowaliśmy najsłabszego przeciwnika w stawce, a nie daliśmy rady go spokojnie stłamsić? Będzie ciężko…
Arsenal. No to pozamiatane. Najbardziej przepakowany klub w tym FM, z bardzo szybkimi bocznymi obrońcami oraz skrzydłowymi. Niestety musimy ich ograć, żeby osiągnąć plan minimum, ale może być bardzo ciężko i wszystko zależy od dyspozycji dnia. W dodatku pierwszy mecz gramy u nich, a więc musimy strzelić przynajmniej jednego gola, żeby móc spokojnie podejść do rewanżu.
Pierwsze kilkanaście minut graliśmy pod ich dyktando, nie mieliśmy praktycznie nic do powiedzenia i zagrania. Tutaj na szczęście przyszedł nam z pomocą niezawodny Kościelny, który dostał czerwoną kartkę w 25. minucie za brutalny atak łokciem (Dybała zszedł ze zwichniętą żuchwą). Od tej pory grało nam się dużo lepiej, ale nadal nie mogliśmy zrobić im większej krzywdy. Jednak pod koniec meczu Hernanes pokazał swój kunszt i zdobył pięknego gola na wagę zwycięstwa na trudnym terenie.  

 

To wprawiło mnie w dobre samopoczucie przed rewanżem, który miał się odbyć w kolejnym tygodniu. Co prawda jest to bardzo mała zaliczka, ale przed meczem przyjąłbym ją bez mrugnięcia okiem. W domowym spotkaniu liczyłem na utrzymanie tej przewagi, a po cichu nawet na jej powiększenie. 
Jak liczyłem, tak się doliczyłem, bowiem w drugim spotkaniu bardzo szybko zadaliśmy cios za sprawą Berardiego (przyszedł zimą – transfery), a następnie z pomocą przyszedł nam kolejny obrońca Arsenalu i znowu ten mecz kończyli w dziesiątkę. Dzięki temu bez problemów ich pokonaliśmy, nie pozwoliliśmy oddać celnego strzału, a sami strzeliliśmy jeszcze jednego gola. To się nazywa udany ćwierćfinał.

 

Tym sposobem jesteśmy już w półfinale, a więc spełniliśmy minimalne oczekiwania naszego zarządu. W grze o zwycięstwo pozostaliśmy my, Barcelona, Atletico i Sevilla. Na tym etapie los przydzielił nam tych ostatnich jako godnych przeciwników, a ja osobiście cieszyłem się z takiego obrotu spraw.
Pierwsze spotkanie znowu rozgrywaliśmy na wyjeździe, co mnie raduje, ponieważ można wtedy zagrać bez presji, jaką jest możliwość straty gola u siebie. My możemy, ale nie musimy strzelić bramki. Tak więc pojechaliśmy tam rozluźnieni, co poskutkowało prowadzeniem 3:1 do przerwy. Po przerwie straciliśmy odrobinę koncentracji i daliśmy się zbliżyć przeciwnikom na jednego gola, ale w ostatnich minutach spotkania znowu wyszliśmy na dwubramkowe prowadzenie, dzięki czemu zakończyliśmy ten wyjazd z solidną zaliczką.

 

Ten wynik daje nam bezpieczną przewagę, ponieważ musielibyśmy stracić aż trzy bramki, żeby nie awansować do finału, a to jest raczej niemożliwe. Jednak przypadek Leicester pokazuje, że musimy mieć się na baczności. Przystąpiliśmy do rewanżu, mając szacunek dla rywali i z takim wielkim szacunkiem ograliśmy ich bez litości, a bohaterem został Miralem Pjanić, który pod koniec sezonu stał się prawdziwą opoką Juventusu.
 

 
Dzięki temu dostaliśmy się do finału, a tam czekał na nas godny przeciwnik w osobie… o tym będzie poniżej.

 
Finisz

Nadszedł więc kulminacyjny moment tegorocznej kampanii. Rozegraliśmy jeszcze pięć spotkań w Serie A (od zakończonego powyżej opisu ligowych zmagań), zanim nadeszła ta kluczowa dla nas seria gier.



Jak widzicie ciekawie się zapowiada końcówka sezonu, zwłaszcza że nasze kolejne spotkanie w lidze rozgrywamy z Interem o mistrzostwo, a zaraz po nim mamy do wygrania TIM Cup, w czym będzie nam chciało przeszkodzić Napoli
W meczu o sześć punktów i triumf w lidze podejmowaliśmy wcześniej wymieniony Inter. Zmobilizowanie chłopaków nie było trudne, bo dopiero co awansowaliśmy do finału Ligi Mistrzów i wszyscy weszli na najwyższe obroty, a zwłaszcza Pjanić, Dybała i Higuain. Spotkanie rozgrywaliśmy u siebie, mieliśmy więc spore szanse na zamknięcie sprawy mistrzostwa już w tym spotkaniu.
Zaczęliśmy ostrożnie, staraliśmy się długo budować akcje i utrzymywać piłkę jak najdłużej. Plan się sprawdzał, mieliśmy sporą przewagę w posiadaniu, co opłaciło się już w 30. minucie. Dybała wykorzystał błąd obrońcy, dzięki czemu objęliśmy prowadzenie w tym arcyważnym meczu. Chwilę później Higuain podwyższył wynik i na przerwę schodziliśmy z dwubramkowym prowadzeniem. W szatni usłyszeli ode mnie słowa otuchy, ale kazałem im dalej ich cisnąć, ponieważ wiedziałem, że Icardi coś strzeli. W końcu jest najlepszym strzelcem ligi.
No i się nie pomyliłem. W 55. minucie przeciwnicy złapali kontakt za sprawą swojego super snajpera. Na szczęście mój trenerski nos mnie nie zawiódł i w 59. minucie gry wpuściłem na boisko Ruganiego, który dwie minuty później odpłacił się golem strzelonym po rzucie rożnym. W tym momencie byliśmy już spokojni o wynik, Higuain zapakował jeszcze jednego gola i MAMY TO!!!

 

Zostaliśmy mistrzami Włoch! Jednak nie mieliśmy zbyt dużo czasu na świętowanie ze względu na to, że trzy dni później musieliśmy się mierzyć w finale TIM Cup z Napoli. Piłkarze dostali dwa dni wolnego na regeneracje sił, a potem zgłosili się w klubie świeżutcy jak szczypiorek i gotowi na łomotanie przeciwników.
W tym meczu postanowiłem od razu przejść do sedna i stłamsić obrońców rywali. To opłaciło się już w 25. minucie, gdy Higuain zapakował piłkę do bramki, a siedem minut później mieliśmy na boisku już jednego piłkarza więcej, bo czerwoną kartkę za dwie żółte złapał Koulibaly. Od tej pory mieliśmy już z górki, Argentyńczyk dołożył przed przerwą jeszcze jednego gola, a chwilę po przerwie Lichtsteiner ustalił wynik spotkania na 3:0. W tym momencie Napoli już się poddało i po prostu chciało uniknąć kolejnych razów, o czym świadczyła zmiana ich ustawienia.

 



 
Tym sposobem mamy już trzy trofea, Higuain został królem strzelców w Pucharze Włoch i w Italii jesteśmy najlepsi na każdym froncie. Teraz pozostaje jeszcze bycie najlepszym w Europie – finał Ligi Mistrzów z Atletico, które wyeliminowało Barcelonę w półfinale. Mamy więc to szczęście, że graliśmy tylko z jednym zespołem teoretycznie lepszym od nas, a reszta odpadła w przedbiegach z innymi zespołami.
Finał nie może być jednak taki prosty, mimo teoretycznie słabszego przeciwnika. Atletico gra bardzo agresywnie i będzie starało się nas zdominować. Będziemy chcieli odpowiedzieć im tym samym, o ile sędzia nie będzie rozdawał zbyt wiele herbatników. Pojechaliśmy do Cardiff z wiarą w zwycięstwo i wybiegliśmy z krzykiem na boisko.
Początek spotkania pokazał, że arbiter jest pobłażliwy i możemy kopać się po kostkach. Nie odpuszczaliśmy im nawet na chwilę, nasza obrona stanowiła monolit – nie pozwalała rozwinąć skrzydeł ich napastnikom. Rywale też jako pierwsi popełnili błąd i zapomnieli o niezawodnym Dybale, który strzelił gola w 14. minucie. Nie cieszyliśmy się z prowadzenia zbyt długo, obrońcy się rozkojarzyli, dzięki czemu Torres mógł wyrównać już pięć minut później. Nie wytrzymałem i poinformowałem moich kopaczy, co o nich sądzę oraz co porabiają ich matki i dziewczyny w czasie wolnym. Widocznie ich wkurwiłem, bo zaczęli grać świetnie i do przerwy strzelili jeszcze dwa gole. Dodajmy do tego to, że sami nie stracili żadnego, a po przerwie skupiliśmy się tylko na przeszkadzaniu (całą drugą połowę graliśmy na czas), to wtedy po raz kolejny możemy powiedzieć…
 

Mamy to!!! Jesteśmy bezbłędni, wygraliśmy wszystko co się dało, no i co tutaj dodać więcej, może poza tym screenem.



 
Podsumowanie

Teraz czas na kilka słów i screenów podsumowujących ten udany sezon. Na każdym froncie sporo się działo, niektórzy piłkarze zawiedli, a część zagrała genialny sezon. Pora ich więc rozliczyć.

Paulo Dybała – genialny sezon polskiego Argentyńczyka, który ratował nas głównie w lidze, ale praktycznie zawsze można było na niego liczyć. We wszystkich rozgrywkach zaliczył 45 spotkań, a w nich strzelił 28 bramek i dołożył 22 asysty. Wirtuoz!

Miralem Pjanić – cały sezon miał bardzo dobry, ale końcówka była wręcz wybitna. Praktycznie wszystkie gole padły z jego podań, a gdy gra się nie kleiła, to potrafił przyłomotać z rzutu wolnego. 45 spotkań – 17 goli i 21 asyst.

Gonzalo Higuain – na początku bardzo zawodził, ale wziął się w garść i zaliczył całkiem dobry sezon. 46 spotkań – 33 bramki i 8 asyst.

Sami Khedira – cichy wyrobnik, ale bez niego nic byśmy nie osiągnęli. Bezlitośnie przerywał akcje rywali, a od czasu do czasu potrafił także strzelić ważnego gola. 38 spotkań – 4 gole i 5 asyst.

Niestety dwóch graczy mnie zawiodło – Domenico Berardi (irytująca nieskuteczność) i Gianluigi Buffon (ratował nas tyle samo razy, co popełniał błędy, czyli zdecydowanie za mało).



Dodatkowo mam też potwierdzenie w liczbach (i trofeach), że taktyka oparta na grze środkiem pola się sprawdza. Zamierzam dalej się na niej opierać w prowadzonych przeze mnie klubach.





 
Nagrody
 
Z kronikarskiego obowiązku wrzucam też wszelakie nagrody i wyróżnienia, jakie zdobyli moi zawodnicy w tym sezonie. W tym aspekcie zdominowali nie tylko krajowe podwórko, ale także rozgrywki europejskie. Komentarz niepotrzebny.
 
 






 
Co dalej?

Wyzwanie trwa, mam już trzy trofea z wymaganych 55, ale to dopiero początek. Kolejny sezon zamierzam zostać w Juventusie i spróbuję zdobyć Klubowe Mistrzostwo Świata wymagane w tym zmaganiu. Dodatkowo wszystkie inne puchary przytulę z wielką chęcią. Czy się uda? Zobaczymy.

ZDANIEM CZYTELNIKÓW CM REVOLUTION

Możliwość komentowania tylko dla zarejestrowanych użytkowników.
Nie masz konta? Zarejestruj się.

Drogi Rewolucjonisto, prosimy o przestrzeganie regulaminu i zapoznanie się z FAQ

FM REVOLUTION - OFICJALNA STRONA SERII FOOTBALL MANAGER W POLSCE
Największa polska społeczność Ponad 70 tysięcy zarejestrowanych użytkowników nie może się mylić!
Polska Liga Update Plik dodający do Football Managera opcję gry w niższych ligach polskich!
FM Revolution Cut-Out Megapack Największy, w pełni dostępny zestaw zdjęć piłkarzy do Football Managera.
Aktualizacje i dodatki Uaktualnienia, nowe grywalne kraje i inne nowości ze światowej sceny.
Talenty do Football Managera Znajdziesz u nas setki nazwisk wonderkidów. Sprawdź je wszystkie!
Polska baza danych - dyskusja Masz uwagi do jakości wykonania Ekstraklasy lub 1. ligi? Napisz tutaj!
Copyright © 2002-2017 by FM Revolution